o. Paweł Adamczyk SJ

Ćwiczenia Duchowne… Kolejny raz to wyjątkowe spotkanie. Spotkanie z Tym, który na codzień wydaje się być nieco abstrakcyjny i daleki. Spotkanie z ludźmi, z którymi żyję, pracuję, których codziennie widzę ale niekoniecznie spotykam. Spotkanie z sobą, z którym nieustannie przebywam, ale którego rzadko widzę.

W tym roku był to Wielki Tydzień. Poczucie, że w jakiś sposób tajemnica męki, śmierci i zmarwychwstania zostanie powtórzona w Liturgii. Obym i ja pozwolił Jezusowi na dokonanie tego przejścia w tym wszystkim czym teraz żyję, co odczuwam jako niepotrzebne i zbyt trudne, może zbyt małe i zwyczajne. Oby wszyscy moi bliscy, ale i cały Kościół włączył sie w tę pracę jakiej Jezus chce się podjąć w tym świętym czasie.

Muszę przyznać, że jestem bardzo zmęczony i że przynajmniej na początku żadnych nadzwyczajnych wysiłków i aktów pobożności nie jestem w stanie podjąć. Przez ostatni rok trochę się napracowałem i chyba nie była to praca dla siebie więc może nawet mogę sobie pozwolić na luksus przekazania inicjatywy Jezusowi? Lekka grypa skutecznie eliminuje wszelkie próby wysilania się by osiągnąć jakieś szczególne stany skupienia modlitewnego. A wciąż łapię się na tym, że rekolekcje, czy modlitwę rozumiem jako wchodzenie w jakieś szczególne skupienie. Tak trudno jest mi przejść z aktywnego życia, czucia się odpowiedzialnym za wszystko, do bardziej biernego otwarcia na to co Pan sam przygotował i czym chce mnie obdarować. Po roku mojej pracy teraz On chce popracować nad moją zmęczoną duszą a może i ciałem? Ale wiem, że nie wierzę zbyt mocno, w jego rzeczywistą aktywność i zaangażowanie.

Kim ty jesteś dla mnie? Ty, któremu parę lat temu z takim zapałem oddałem siebie, a z którym bliskość na codzień zdaje się zacierać. Kim ja jestem dla ciebie, skoro pomimo mojej niewierności, Ty na różne sposoby wciąż przypominasz o sobie i pokazujesz jak wiele dla ciebie znaczę? Za kogo Cię tak naprawdę uważam, albo jak Cię traktuję? Tak naprawdę to traktuję Cię jako abstrakcyjnego Boga, będącego gdzieś tam daleko, niezbyt zainteresowanego tym, co w moim małym światku się dzieje.

O co mi szło w tym roku? Szczerze mówiąc moją troską było dobrze wykonywać moją pracę, i tak się zachowywać bym się mógł czymś wykazać przed Tobą i przed ludźmi. Ale, zaraz, zaraz… gdy sobie przypomnę początki… Przecież tak naprawdę w moim życiu idzie o miłość. Wiem, nie żyję tym na codzień, ale coś we mnie domaga się powrotu: W twoim życiu idzie o miłość. I najpierw idzie o to byś tę miłość po prostu odkrył, dostrzegł, ucieszył się nią, jak dziecko cieszy się z bliskości mamy i taty. Dopiero za tym może pójść odpowiedź bardziej aktywna. Ale nie zapomnij w swojej odpowiedzi, jakie było pytanie.

Codzienność na którą patrzę to również historia rozczarowań. Rozczarowań moją niewiernością, egoizmem i przegraną walką ze słabościami. Przy takim spojrzeniu zaraz wkracza pokusa czynienia postanowień: tym razem będzie inaczej, teraz to już będą mądrzejszy, opracuję taki plan, że już takich błędów popełniać nie będę. Choć tyle razy zawiodłem się na swojej silnej woli i postanowieniach, to wciąż im ufam i wciąż sobie mówię: tym razem będzie lepiej. Czyżby Ten, który chce mnie przekonać do swojej miłości domagał się ode mnie perfekcjonizmu? Nie, On szepcze: To ja jestem twoim pokojem, twoją siłą, twoim wszystkim. Najpierw zaufaj.

Ignacy mówiąc o pokusach wylicza: bogactwa, zaszczyty i pychę. Ja mogę sobie jeszcze wiele innych dołączyć. W nich wszystkich moje uczucia z wielką siłą domagają się konkretnych rzeczy, które te uczucia zaspokoją. Jak jasno teraz widzę, że one nie są najważniejsze, że najważniejszy jest Jezus i moja relacja z Nim. No dobrze, ale Bóg jest raczej abstrakcyjny, On jest duchem. Jego dar to łaska, czyli coś duchowego, ciężko dokładnie określić co to takiego. Pokój, no tak ale tego pokoju to praktycznie nie mam. Miłość do Boga, no ale nie oszukujmy się, co jak co, ale miłością do Niego to ja nie pałam. Ja potrzebuję czegoś konkretnego i tylko to co Ignacy przedstawia jako pokusy wydaje się mieć w sobie odpowiednio konkretną zawartość.

Ale przecież Bóg w którego wierzę jest Bogiem wcielonym, konkretnym i dotykalnym. A skoro jest On wcielony, to znaczy, że jest On wcielony dziś. I to nie tylko w Chlebie Eucharystyczym. Mój Bóg „przebywa w stworzeniach” (ĆD 235), „przebywa we mnie” (ĆD 235), przebywa w każdym z ludzi, którzy żyją obok mnie. Mój Bóg nie tylko przebywa. Mój Bóg „dla mnie się trudzi i działa we wszystkich rzeczach stworzonych na powierzchni ziemi” (ĆD 236). Więc może nie muszę czekać na nadzwyczajne łaski duchowe, ale najpierw dostrzec jego pracę dla mnie i jego dary jakie dostaję przez innych ludzi. Może nie są to tak duże rzeczy jak bym tego oczekiwał, ale są to dary miłości tych ludzi i przez nich, mojego Boga. Czyżby to było dla mnie zbyt mało? Popatrzyłem na łaski jakie otrzymałem w ostatnim roku i ze zdumieniem stwierdziłem, że one wszystkie mają imiona. To moja rodzina, przyjaciel, przełożony, dzieci z którymi pracuję. Więc może mój Bóg nie jest jednak tak abstrakcyjny? Może nawet ma skórę i kości? Może to On sam w cierpiącym, niesamowystarczalnym i ubogim człowieku prosi mnie o podanie ręki?

Winna latorośl nie jest obrazem abstrakcyjnym, nie opisuje rzeczywistości czysto duchowej. Jezus jest ze mną złączony poprzez ludzi. Przekazuje to co chce mi dać, przez ludzi. Przez ludzi otrzymuję jego dary i przez ludzi mogę jemu służyć. W ten sposób każdy człowiek staje się źródłem zjednoczenia, staje się spotkaniem z Jezusem. „To wam powiedziałem aby radość wasza była pełna”.

Umycie nóg, dotknięcie przez Jezusa wszystkich naszych nieatrakcyjności, słabości, tego co wciąż mamy ochotę ukryć, nie dokonuje się w jakiejś mistycznej rzeczywistości, dokonuje się znów przez drugiego człowieka i jest kolejną okazją do okazania miłości.

Troszcz się o tych wokół ciebie jak ja troszczę się o ciebie. I nie chodzi o wezwanie do działania. Odkryj, co kryje się za słowem troska. Ileż ciepła i uczucia w tym słowie. Zatem i ja nie tyle jestem wzywany do wielkich akcji, ale do przemiany serca, do ocieplenia serca. Najpierw miej serce dla tych co są wokół ciebie, jak ja mam serce pełne czułości i troski dla ciebie. Gdy patrzyłem na ludzi wracających od komunii świętej w Wielki Czwartek brzmiały mi słowa: To jest ciało moje.

Moje credo z którym w Wigilię Paschalną zanurzam się w śmierci, by otrzymać życie:

Wyrzekam się pychy, która na wszystko chce sobie zasłużyć. Pychy, która nic nie chce przyjąć za darmo. Pychy, która nie umie cieszyć się z tego co drobne i zwyczajne. Pychy, która sama znajduje odpowiedzi. Pychy, która nie chce czekać. Pychy, której zawsze wszystko wychodzi. Pychy, która nie potrafi sobie wybaczyć. Pychy, dla której „inny” znaczy „wróg”.

Wierzę w pokorę Jezusa. Wierzę w Jezusa, który je chleb i który jest chlebem. Jezusa, który przychodzi w zwyczajnym drugim człowieku. Jezusa, który potrzebuje pomocy. Jezusa który przegrywa. Jezusa, który nigdy nie jest sam. Jezusa, który umie czekać. Pokorę, która potrafi sobie wybaczyć. Pokorę, którą cieszy to co drobne i zwyczajne. Jezusa, który ma nadzieję. Jezusa, któremu to wystarczy.

Po zmartwychwstaniu uczniowie nie poznają Go. Mówię sobie: ja po takich rekolekcjach to już zawsze go będę rozpoznawał. Ale znów nie tędy droga. On sam przychodzi do uczniów sam ich odnajduje i pozwala sie rozpoznać. On się zatroszczy.

Wiem, że nowe życie jest już we mnie. Dane mi za darmo. To Duch, który został nam dany. To On sam, ale z pomocą człowieka, mojego kierownika duchowego, przeprowadził mnie przez ten ośmiodniowy odcinek drogi.

Artykuł opublikowany został w Życiu Duchowym.

Zapraszamy również na



Dane kontaktowe



Jezuickie Duszpasterstwo Młodzieżowo-Powołaniowe
Mały Rynek 8
31-041 Kraków
tel. 12 4286776
kom. 608585059
Zobacz więcej

Zadaj pytanie
Archiwum